5.03.2014

Rozdział 3

"Zdesperowanym ludziom, tak niewiele do szczęścia potrzeba."
~ABC

~*~

Słoneczne promienie pieściły twarz Jane, dając znak, że należy wstawać. Uśmiechnięta odchyliła cienki kocyk i powitała nowe miasto, w którym czekało na nią zapewne wiele przygód. Mówi się, że Los Angeles nigdy nie śpi, jednak widok za oknem świadczył co innego. Ludzie leniwie wsiadali do samochodów, aby udać się do pracy. Na ulicach znajdowały się niedobitki prawdopodobnie z wczorajszych imprez, którzy powoli odzyskiwali trzeźwość umysłu. Również Jane postanowiła się pozbierać i porządnie wyszykować, gdyż miała rozmowę kwalifikacyjną do jednych z bardziej cenionych agencji fotograficznych w mieście. Już w Lafayette wszystko załatwiła, zabezpieczając się "na zapas". Nie należała do typu ludzi, którzy szczycą się ryzykiem. 
Przebieg spotkania miał być jedynie formalnością. Firma obserwowała poczynania młodej May od kiedy tylko trafiła do szkoły artystycznej. Teraz nie kryli zainteresowania jej osobą, tym bardziej że posiadała odpowiednie kwalifikacje, umożliwiające pracowanie jako profesjonalny fotograf.
Brunetka dojadając skromne śniadanie, udała się do sporych rozmiarów walizki, w której trzymała ubrania. Wczoraj nie miała siły się wypakowywać, więc zostawiła wszystko na miejscu.
- Co tu ubrać? - Mamrotała przeglądając kolejne spodnie. Ostatecznie zdecydowała się na białą koszulę z czarnym kołnierzykiem oraz mankietami, a na nogi ubrała ciemne rurki ze skórzanymi wstawkami. Nie kombinowała z dodatkami. Założyła jedynie skromne kolczyki. 
Malując oczy i dokonując ostatnich poprawek, usłyszała przeraźliwy pisk opon, a następnie okropny huk. Wystraszona podbiegła do okna i zobaczyła dwa zderzone ze sobą samochody osobowe. Bez wahania poleciała na klatkę w której znajdował się telefon. Zadzwoniła po karetkę i w pośpiechu opuściła mieszkanie. Będąc na dole, ujrzała spore zbiorowisko ludzi. Jedni się przyglądali, a inni starali się reanimować poszkodowanych. Jane nie potrafiła się tam odnaleźć będąc w szoku, więc opuściła miejsce wypadku.
Spacerowym krokiem mijała ogromne budynki, patrzące na nią z góry. Po około godzinie trafiła na miejsce. Ściągając z nosa okulary przeciwsłoneczne, otworzyła wielkie szklane drzwi. Na samym wejściu przywitała ją niska blondynka, wyglądająca na bardzo sympatyczną osobę. Skierowała Jane do odpowiedniego gabinetu, w którym przesiadywał szef - niskiego wzrostu mężczyzna o kruczo czarnych włosach, przedstawiający się jako Mark Vine. Powitał ją uściśnięciem dłoni i kazał usiąść. Porozmawiali trochę o doświadczeniu zawodowym May, a następnie jakby nigdy nic, przeszli na ty.
-Jane, ty mi pasujesz bardziej na modelkę. - Uśmiechnął się, mierząc ją od głów do stóp. - Nie myślałaś nad tym zawodem? - Kontynuował, podpierając twarz o dłonie. - Naprawdę masz predyspozycje.
- Jakoś nigdy nie wpadło mi to do głowy. - Odpowiedziała nieco zamyślona.
- Umówię cię z moim przyjacielem, który prowadzi agencję modelek. Jeżeli tylko chcesz...
- No pewnie, dziękuję za wszystko. - Uśmiechnęła się od ucha do ucha i podała rękę nowemu "znajomemu". Następnie opuściła budynek. Nie posiadając żadnych planów na spędzenie gorącego wieczora, wróciła do domu. Zabrała się za wyciąganie wszystkich niezbędnych urządzeń oraz ubrań. Oczywiście nie obeszło się bez odpakowania szczelnie zabezpieczonych gazetą kaset. Dziewczyna spostrzegła, że na jednej z półek stało nowiuteńkie radio. Wniebowzięta włączyła album Elthona Jona. W jednej chwili przypomniał jej się Bill, który wielbił tego artystę. Zawsze podziwiał jego grę na fortepianie oraz ciekawą barwę głosu.
- Co teraz robisz rudzielcu? - Zapytała rozbawiona, oglądając zachód słońca. Wyglądał prawie identycznie jak ten podczas pożegnania z Bailey'em. Niebo pokryte było różowymi chmurami, przez które prześwitywały ostatnie promienie.
Dziewczyna od razu wyciągnęła z torby zdjęcie przedstawiające ją i przyjaciela, oczywiście bez zębów. Mieli wtedy może z 7 lat? Piękne czasy. Wtedy życie było prostsze, trawa zieleńsza, noce bardziej gwieździste, woda nieskazitelnie czysta. Wszystko było takie namacalne.
- Dobra, koniec tej zadumy. - Skarciła się i skupiła myśli na czymś innym, a mianowicie na drodze do klubu, jaki zobaczyła idąc do agencji. Wyglądał zachęcająco, a ona i tak nie miała nic do roboty. Przebrała się w wyjściowe ubrania i ruszyła na podbój LA.
Nastawienie do tego miasta zmieniła już po kilkudziesięciu metrach, kiedy to na drodze napotkała bezdomnych. Za dnia nie było ich aż tak widać, a dopiero teraz wychodzili z kryjówek. Dla Jane było to jak uderzenie głową o ścianę z prędkością 500 kilometrów na godzinę. Pod blokami leżeli nastolatkowie, pozbawieni dachu nad głową, żebrząc pieniądze.
- Przepraszam panią. - Zaczepiła ją jakaś dziewczyna. Nie wyglądała najlepiej. Worki pod oczami, przetłuszczone włosy i stan ubrań świadczyły o jej niskim statusie społecznym. Jane odrzucił taki wygląd, chociaż starała się tego nie ukazać. Tak to z ludźmi jest. Zawsze chcą się zaznajomić z osobami dobrze ubranymi, uczesanymi, a takich nędzników z ulicy unikają.
- Słucham? - Uśmiechnęła się krzywo. Zrobiło jej się głupio z własnego toku myślenia. Przecież ta nastolatka zdawała się być całkiem miła.
- Bo ja... Ja... Mogłaby mi pani kupić bułkę? -Zapytała, spuszczając wzrok.
- Jasne. - Brunetka poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Ta młoda osoba nie chciała żadnego wina czy fajek, a po prostu zwykłą w świecie bułkę. Jane bez wahania spełniła jej prośbę, dając od siebie jogurty pitne, banany i kilka innych produktów spożywczych.
- Dziękuję bardzo. Niech Bóg pani to wynagrodzi. - Dziewczyna uścisnęła jej dłoń i oddaliła się w ciemnej uliczce. Na twarzy May pojawił się uśmiech. Teraz szła przez miasto ze świadomością, że pomogła biednej osobie. Jak wiadomo, to uskrzydla. 
W takim nastroju dotarła do widzianego wcześniej baru. Odważnym krokiem weszła do środka i zasiadła na wysokim, pokrywanym barwioną na czerwono skórą krześle. Zamówiła czystą z sokiem i obserwowała otoczenie. Siedzieli tu głównie przedstawiciele punku. Jeden z jego reprezentantów wyraźnie zmierzał w jej kierunku.
Usiadł obok i udawał brak zainteresowania. Jane również nie zwracała na niego zbytnio uwagi, jeżdżąc palcem po górnej części szklanki.
- Dla mnie whisky. - Nieznajomy blondyn złożył zamówienie i dopiero teraz perfidnie wgapiał się w brunetkę. Ta w pewnym momencie nie wytrzymała i skarciła go wzrokiem. Chłopak rozbawiony całą sytuacją, raczył się przedstawić.
- Jestem Duff. Może chciałabyś dosiąść się do naszego stolika? 

2.03.2014

Rozdział 2


15.08.1984r. Lafayette w stanie Indiana

W życiu człowieka następuje taki okres, kiedy musi się pożegnać z bliskimi i spróbować czegoś nowego. Wtedy zauważa jak wiele ludzi przewija się w jego otoczeniu w całkiem niedługim czasie.
Tak samo miała Jane, siedząca ze spakowaną walizką i biletami do Los Angeles. Uświadomiła sobie, że jeszcze nie tak dawno temu, w tym właśnie pokoju przesiadywał Bill, a następnie jej przyjaciółka Violet. Jednak z każdym z nich musiała się pożegnać. Teraz, kiedy sama miała stąd wylecieć, poczuła okropny smutek. Po raz ostatni przejrzała ukochane winyle i plakaty, dotknęła miękkiej pościeli, starannie wypranej przez Kate oraz usiadła przy wysłużonym biurku. Uśmiechając się delikatnie, wyjrzała za okno.
-Nadszedł ten dzień, którego tak bardzo pragnęłaś. - Westchnęła i biorąc bilety oraz walizkę, zeszła na dół. Przy drzwiach stała wzruszona mama, trzymana za rękę przez jak zwykle wyluzowanego tatę. Jednak tego dnia wydawał się być bardziej przejęty niż zwykle.
- Nasza mała Janie dorosła. - Pisnęła ciemnowłosa kobieta, z trudem powstrzymując łzy. Przytuliła córkę, a zaraz w jej ślady ruszył ojciec.
-Uważaj na siebie. - Wyszeptał i pozwolił jej wyjść. Dziewczyna spakowała bagaż do taksówki, po czym ostatni raz obróciła się za siebie. Nie tracąc więcej czasu, wsiadła do pojazdu i odjechała. Żółciutki samochód przemierzał kolejne ulice doskonale znanego Jane miasta. "Czemu jestem taka sentymentalna?" - Skarciła w myślach własną osobę i postanowiła się nie rozklejać. Z takim założeniem dotarła na niewielkie lotnisko. Odprawa zaczęła się 20 minut temu, więc trafiła akurat na czas.
Wsiadając do samolotu przypomniało jej się pewne wydarzenie. Mianowicie chodziło o wydarzenie sprzed 2 lat, kiedy to młody Bailey pozostawił po sobie pamiątkę w postaci majestatycznego napisu na murze w Columbian Park. Jane również pragnęła upamiętnić swój wyjazd, więc dzień przed odlotem dopisała tam wielkie "I JA TEŻ!".




6 godzin później...



(Muzyka)

 Lot przebiegł pomyślnie, bez większych turbulencji, co dało brunetce możliwość wyspania się. Wypoczęta opuściła ogromne lotnisko znajdujące się w bajecznie wyglądającym Los Angeles. Wsiadła do ciemnej taksówki i ruszyła w kierunku Fountain Avenue, gdzie wynajęła małą kawalerkę. Mijając zatłoczone przecznice, przyglądała się ludziom. Nawet w najmniejszym stopniu nie przypominali mieszkańców Lafayette. W rodzinnym mieście May, wszyscy byli tacy bezbarwni. Tutaj natomiast wyróżniało się sporo subkultur, zaczynając od rockersów, poprzez fanów muzyki dance, aż do punków. Nie sam ubiór był odmienny, ale i atmosfera. Widać było jak ludzie podchodzą do życia z dystansem. Nie spieszą się, beztrosko rozmawiając z przyjaciółmi, wstępują do restauracji i pubów.
Brunetce od razu spodobał się ten klimat. Podekscytowana pragnęła poznać wszystko w jednej chwili. Zaczęła jednak od obejrzenia mieszkania. Właścicielem był miły starszy pan. Oprowadził dziewczynę po kawalerce, mając nadzieję, że przypadnie jej do gustu.
Jane spacerowała tam i z powrotem, podziwiając nowoczesny styl w jakim urządzono lokum. Ściany pomalowane na jasne kolory, białe meble, szklane stoliki, wiszące z sufitu fotele. Prezentowało się to pięknie i dziewczyna nie miała wątpliwości co do zamieszkania w tak gustownym miejscu. Zachęcająca była też niska cena za wynajem.
- I jest pani dalej zainteresowana? - Mężczyzna zapytał z lekką obawą w głosie.
- Oczywiście! Biorę od razu. - Uśmiechnęła się, wyglądając przez balkon.